RSS
niedziela, 15 stycznia 2012
Bywa i tak, że jest się jednak Żulem

Wcale, że płakliwa nie jestem. Potrafię ostatnio ograniczyć emocje do minimum, ale straszny smutek znowu nastał, pohamować go nie umiałam w żaden sposób - Pani Sprzedająca nie chciała odkupić butelek od Pana Żula.


Jakbym się nie starała, okazuje się, że nie potrafię przejść ozięble obok żulerskich rozterek. Nie wiem, czy to natura, czy jakiś inny rak wewnętrzny - zżerający, przyciągający, nieustający. Chemoterapia nań też nie działa. Wrośnięty jest on skurwysynek możliwe w osobowość. A może to ja jestem Żulem? Ciekawe myśli napataczają się przy rozrachunkach sumienia.


Z drugiej strony, i tak po zastanowieniu, i tak po dokładniejszych oględzinach - ten Pan chyba nie był to do końca Panem Żulem, tylko biednym człowiekiem lubującym się napić, ale to tylko spotęgowało smutek. Wyssany z palca argument Pani Sprzedającej, że jakoby jest to zbyt duża ilość butelek obudziła we mnie amazońskie pokłady siebie widzenia. Nagle nie miałam cycka, co by łatwiej strzałą gniewnej suki wycelować w krzywą tarczę Sprzedającej, co to butelek nie chce na skład wziąć! I nagle jak zazwyczaj nie wiedząc jak, roztwarłam usta, a jak już je roztwarłam wyszły z nich słowa harcerskie:„Hola proszę Pani, albo masz Pani w sklepie napis skupujemy butelki, albo nie masz i wtenczas nie robisz Pani problemów, ze zbyt dużą ilością materiału”(nigdy nie wiem, jak mam się zwracać do osoby, której imienia nie znam).


Pogniewała się Pani na mnie. Poopowiadała, jakie to problemy napotykają ją w związku z tymi pijakami, ale butelki w ostateczności skupiła. Przyznam, że się taka trochę dumna poczułam, że wywalczyłam. Dumę też rzadko odczuwam, chyba, że kupię sobie nową torebkę z Badury. Okazało się, że Pan od butelek czekał na mnie pod Żabką. Podziękować chciał za wstawiennicto. Wzruszył się, bo to ludzie dla niego niemili ze względu na jego facjatę, a on na wikt zbiera tymi butelkami a od lat nie miał alkoholu w ustach, bo to przecież wikt ważniejszy. Wzruszyłam się również i z nim, jak to zawsze zwykłam się wzruszać przy tego typu okazjach. Postanowiłam wrócić do domu i obejrzeć zachowaną na czarną godzinę końcową serię ulubionego serialu. Nastała mała, chwilowa niesnaska. Majkel się oświadcza. Miło. Majkel się przeprowadza – płacz. Sobie pomyślałam, że ten mój wyśmienity kolega miał rację – ciepła klucha. Choć zabroniłam mu o mnie tak mówić przy ludziach, co by nikt nie pomyślał, że jestem otyła..


00:43, grzegorzana
Link Dodaj komentarz »
piątek, 07 stycznia 2011
raczej dziwnie

To fakt, że w dziwności ten świat jest wyposażon. Choć nie bardzo lubię słowo „dziwny”. Jest jakieś takie bez wyrazu. Rzadko występuje w słownikach, ewentualnie bliskoznacznych, że osobliwy, że nietypowy, niepojęty. Chyba niepojęty mi się najbardziej podoba. Leży mi najbardziej. No i jest sobie ten świat dziwny, a jak jest dziwny, to i zamieszkany przez dziwnych ludzi. Powszechnie nazywani są oni dziwakami, czyli ludźmi niepojętymi. Za swojej kadencji na rzeczonym świecie miałam do czynienia z wielością jednostek obdarzonych cechami niepojętymi. Nie dziwię się, czyli nie jestem zdumiona większością owych cech niepojętych. Miałam przeto do czynienia z kobietą, którą obrzydzały nakrętki, inna miała wstręt do guzików. Swoją drogą, wstręt do guzików zdaje się być dość powszechny. Ciekawa wydała mi się odraza do klamek, jak i strach przed kurzymi jajkami. Nie ukrywam zresztą, że sama mam nieprzychylne, odrażające mnie struktury, wiem więc, że obawa przed czymś takim nie jest wyimaginowana. Natomiast ostatnio poznałam człowieka, który panicznie boi się metek, takich od odzieży. Są mu nieżyczliwe, wywołujące odruch wymiotny. To jest dopiero dziwne. On to dopiero jest dziwak nad dziwaki.

01:52, grzegorzana
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 13 grudnia 2010
A królestwu jej niech będzie koniec

Dziś jestem królową. Dziś jestem Królową Tapiru. Wolą jego nożyc stałam się władczynią fryzur przeuroczych. Mag. Czarodziej. Pomnożył on je. Pomnożył on te włosy i pozwolił, by za sprawą lakieru stały się martwe. Zaprzedał ich wiotką duszę, by uczynić mnie Królową. A piercing jego brwi iskało światło tapirowego geniuszu..

Ja dziś jestem Królową. Ja dziś rządzę swoim kólestwem a dystyngowanym ruchem ręki kłaniam się swym natapirowanym podwładnym. Ja dziś jestem Królową.

Ja dziś wolą swoją rzucę się pod ostrą siekierkę i odetnę sobie głowę… może w ten sposób zdołam zachować twarz.

15:41, grzegorzana
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 18 listopada 2010
Przestrzeń i bioderko

I polubiłam te dzieci, tak sobie myślę. I nawet niektóre ładne mi się wydają i nawet się do nich uśmiecham. W szczerości pokazuję im zęby, a one, jakby były bardziej rozgarnięte, to by sobie pomyślały - „spierdalaj gnoju”. Ja bym tak pomyślała. Boję się, że to te instynkty mnie dopadły, że dziecka chcę, kiedy nie chcę, bo nie chcę. Hormony są największym okrucieństwem człowieka.

I tu nagle kolejka w sklepie. Staruszek strąca wypełniony czosnkiem plastikowy pojemnik po kiwi. Pomidora chciał dać, podać do zważenia. Fascynująca się filozofią ekspedientka mówi, że nic się nie stało, tak czasami bywa, że coś upada, wtedy należy to podnieść, że należy pomóc podnosić się temu, co upada, bo czasami to coś, co upada nie podniesie się samo, że w tym przypadku to tylko czosnek, się wrzuci z powrotem.. a na jej twarzy nie znajdzie nikt krzty irytacji. Na jej twarzy nie znajdzie się nic, prócz rozświetlających się w okolicach otworu gębowego resztek pokarmowych. Wyciąga ona szynkę zza szkła lodówki rąk nie umywszy, a szmaty żadnej nie wziąwszy, by szynkę owinąć ręką macaną.

W tej samej chwili dziewczynka mnie bioderkiem sztura, podryguje. Trąca się o mnie. Śpiewa „lalala” i obija bioderkiem o moje sążne kolano. Zapobiegawczo zmierziłam wzrokiem dziewcze, by pozbawić się kolejnego, potencjalnego szturnięcia bioderkiem. Jakoś tak mi nie odpowiadało w tym momencie, że się do mnie zbliża obce ciało. Hola hola, a gdzie przestrzeń pytam? Przestrzeń potrzebna każdemu do zaweźnięcia oddechu, choćby na pół płuca. Gdzie ona jest? Potrzebuję jej jak pleban koszyczków na tacę potrzebuje. Oddaliłam się stanowczo.

„Iza, odsuń się od Pani, nie każdy lubi. Nie każdy lubi jak jest się blisko”. Powiedziała to babcia Izy. Polubiłam ją, bo dziewczyna rozumie, że bliskość to strasznie trudne zagadnienie.

Reasumując wydaje mi się, że jednak wygrywam z hormonem.. Czyli, że wszystko w porządku.

03:27, grzegorzana
Link Komentarze (1) »
wtorek, 28 września 2010
Właśnie dlatego każdy czwartek złym jest i obmierzłym będzie

Nie wiem, co zrobię, jak będę musiała odnieść te książki do biblioteki, co to mi służą za podkładkę pod dogorywający laptop. W pewnym momencie się tak wtopiły w ekosystem, że sobie pomyślałam, że moje. Kara będzie. Kary zawsze płacę z dumą. Nawet mam taki okołoboczny fundusz na nie. Tylko Panie nazbyt restrykcyjne są, bibliotekarki. Rzadko mi dają ulgę. Choć ta biblioteka na lwowskiej, idealna - se pani weźmie o jedną więcej, znamy panią przecież, pani zapłaci złotówkę za karę, że symbol. Cudownie tam jest, tam na lwowskiej. Taki mały burdel bibliotekarski. Cenie go niesamowicie.

I pustkę mam wielką w głowie. Pustka boli w skroniach. Na pustkę najlepsze jest Bubble machine. Gra taka, co to się bąbelki zestrzeliwuje. Niedawno odkryłam, że można rozmawiać z przeciwnikiem. Tylko zgroza jest, albowiem przeciwnicy z rzadka chcą odpowiadać na pytania im zadane. Zestrzeliwują bąbelki niczym w transie. A ja to lubię porozmawiać z adwersarzem. Zakląć mu lubię, że kurwa w tej samej sekundzie zestrzeliliśmy ostatniego bąbelka, tylko Twój komputer jest szybszy chamko/chamie! A oni nic. Ewentualnie zasugerują, że to tylko gra, czym się przejmujesz? To po co gram? Żeby w 15 zestrzelnięciach zestrzelić wszystkie bąbelki, aj? Niestety nie schodzę poniżej 21 zestrzelnięć.

Ci z rzadka odpowiadający są najwspanialsi. Okazuje się, że są starsi ode mnie i są uzależnieni. Niesamowite to jest. Myślałam, że gram z 12 latkami. Gram więc ostatnio tylko z Panią nauczycielką chemii z kilkunastoletnim stażem z Bydgoszczy i z Panem jakimś od czegoś w banku z Nidzicy. Pan astrofizyk ostatnio nie gra, co mnie martwi, gdyż z nim wygrywałam częściej niż z pozostałymi. Taką duszę hazardzistki odnalazłam po swoich spróchniałych członkach. Dreszczyk emocji taki. Nagle napawam się tym, że mam 1200 punktów na koncie. Na następny dzień ustawka z przeciwnikiem i przegrywam prawie wszystko, a co zdobyłam dania uprzedniego. A później to już tylko dupa, bo jak masz mało punktów, to jedynie dużo wygrasz z tymi, co to więcej mają. A Ci, co mają więcej, to uzależnieni i się ich nie przebije poniżej minuty. Takie to skomplikowane.

I nie mam nic do powiedzenia, prócz tego, że mam limo na lewym oku. Nabiłam je sobie nadziawszy się na pięść młodocianego panczura. Niechcący, gdy szłam po gorzką żołądkową w nowo otwartym barze, któregoż baru koncepcja mnie mierzi. Na zasadzie – ejże wróćmy do korzeni, pójdźmy na koncert, niech mamy zakwas karku. Byłyśmy jednak na tyle z M.M. miłosierne, żeśmy kilka wejściówek przed wejściem rozdały, a co zostanie nam dopisane do dobrych uczynków w przyszłym życiu amen

I nawet jak było amen, to sobie pozwolę na chwilę niewielką słabości wstecz – takie tam wspominki, a które mnie mierżą wielce, gdy jest czwartek jakiś przy wtorku, a jak jest czwartek jakiś to przy nim dwie zdegustowane sobą kobiety lubią sobie zrobić test.

Co by zrobić test jakiś, wystarczy napisać sms o treści „jutro wracasz z pracy, robimy sobie synchroniczne sikanie na bibułkę” ..najlepiej w rytm ramsteina. Odkłada się robienie takiego testu, oj się odkłada.. jak bóg da.

W celu zrobienia takiego testu należy zakupić test, kilka piw i wódkę na wszelki wypadek. Należy zemdleć i poprosić drugą, zdegustowaną sobą kobietę o podtrzymanie za rękę i odczytanie wyniku. Kiedy jedna zdegustowana sobą kobieta wypełnia test, druga musi palić nikotynę i jak mantrę powtarzać, że nienawidzi mężczyzn i jak los będzie łaskawy, to już tylko po ślubie. Należy przy tym wykazać się szeroko pojętym humanitaryzmem i nie informować potencjalnego sprawcy o swoich obawach. Ot tam zabawa, Czarny czwartek.

01:34, grzegorzana
Link Komentarze (1) »
niedziela, 05 września 2010
byle do głównej

I sobie człowiek idzie, reggae dla pokoju słucha, a jakieś młode chujki go od dziwek wyzywają. W dniu, w którym moralność moja osiąga szczyty. Kiedy jestem Królową Matką Wiodącą moralności. Kiedy kłaniać się przed moją moralnością wypada, bo taka jest sublimowana. Mówią tymi słowy: „ej dziwko, ej dziwko”. Udaję, że to nie do mnie, że to do powietrza, do gwiazd, jakaś nowa konstelacja, mantra może jakaś. Przyspieszam kroku. Na karku odczuwam ciepło słów „się byś dziwko zatrzymała, jak do ciebie mówię”. Sponiewiera mnie zapach zgnilizny ust młodego dresiarza. Udaję, że to gdzieś kał zwierzęcia leży. Dużo udaję w tym momencie, gdyż strach zjada moją wolę walki. I przyspieszam kroku, a jak przyspieszam, to słyszę głośniejsze „dziwko dziwko”. I oto idę, ja - dziwka dziwka, i słyszę jak chłopaki za mną porządkują ulicę znaki drogowe niwecząc. Sobie pomyślałam, że byle do głównej. A jak byłam na głównej, to sobie pomyślałam, że marnym społecznikiem jestem. Jeszcze, żebym wzięła tę torebkę z gazem, bym przyfifaraczyła. Na pomarańczowo mizia ten gaz. A bez niego, jak bez ręki. Poczułam się jak ten pan w pociągu, co to w ramach protestu, nie patrzy na konduktora, który to nie daje zniżki staruszce – inwalidce, i ten pan właśnie odwraca się w szybę i patrzy.. i patrzy.. jedzie i patrzy on..

02:00, grzegorzana
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 23 sierpnia 2010
the blaza

Trudno jest człowiekowi prowadzącemu niehigieniczny tryb życia istnieć w niedzielę. Wyjścia z łikendowego cugu bywają okrutne. Do południa byłam święcie przekonana, że jest sobota. A świętość ta była dla mnie świętsza niźli paciorki na różańcu. Swoją drogą bardzo ładne słowo taki „paciorek”, chyba nawet ładniejsze niż „imbryk”, czy „widelczyk”. Choć nie dorastają do pięt „źdźbłu”. Źdźbło zawsze będzie najpiękniejsze, nigdy nie przestanie mnie urzekać.

Człowiek stoi jakby w próżni. W nicości. Cała przestrzeń, która go otacza jest jak fatamorgana. Nic nie wydaje się pewne. Nawet lustro stojące obok. I to, czy postać, która się w nim odbija to Ty. Wydaje się być zniekształcona i powykrzywiana jak po spożyciu ostrego kwasu. A to przecież tylko niewinna blaza wynikająca z wypłukania magnezu z organizmu.

Kiedy spotkam się z taką sytuacją, żyje na bezdechu. Boję się wyjść z domu, bo inne jednostki, nieznane mi przedmioty, miejsca mnie przerażają. Lękam się ich wielce, dlatego wypracowałam strategię wychodzenia po zmroku. Mniejsze szanse na niebezpieczeństwo a i potencjalny przechodzień nie spojrzy w zamglone oczy. Niechcąco oczywiście nie spojrzy, bo zazwyczaj trzeba udawać sukę i patrzeć wprost przed siebie, by zniwelować dyskomfort kontaktu. Tak też wyszłam sobie do żabki, w celu nabycia strawy, bo chyba od wczoraj rana nie miałam okazji trawić niczego prócz alkoholu. Miałam wielką radość, ponieważ obudziwszy się w cudzym domu, na cudzej kanapie, wtulona w cudzego kota usłyszałam słowa „masz pij”. Szczęściem była to dawka witamin pochodząca z wyciśniętych pomarańczy, przetworzonych na sok. Później zrobiono mi kanapki z wielce zdrowego, pełnowartościowego pieczywa i trzeba było dokończyć wino. Ależ przygoda.

Wracając do żabki, do powrotu z niej - straszny mam w głowie chaos, stąd tyle notaben. Jakiś młodzian okupował moją bramę. Sobie pod nią siedział, zaś pod płaszczem nocy świeciły mu tylko wielkie, ropusze gałki oczne. Jak temu cudzemu kotu na cudzej kanapie. To jak się go przestraszyłam to moje. I zaszeptał on buńczucznie do mnie a zaszeptał tak: „się nie boi dziewczyna, przeca nie pogryze jej”. Zażartowałam, że to wielka szkoda, albowiem marzyło mi się dziś, by ktoś nadgryzł jakąś moją tętnicę, choćby tętniczkę i żeby z owej krew ulała się ciurkiem. Chyba nie zrozumiał żartu. W sumie miał prawo, na blazie wszystko wydaje mi się śmieszne, nawet okruszek.

I marudzę. A jak marudzę, to wiedzą tylko Ci, którym okazję miałam marudzić. To też mnie boli, gdyż zwykłam marudzić bliskim mi osobom, które sobie wielce cenię. Później czuję niesmak do siebie. Dnia następnego zaś wykrztuszam upokarzające „przepraszam”, które i tak nie zmieni tego, że jestem idiotką, a którego konsekwencją jest większe poczucie winy.

Wspiąwszy się po schodach prowadzących do mojego mieszkania, dostajęcy zadyszki, pomyślałam, że chuj mnie strzeli jak będę musiała wrócić do tych pseudonaukowych bzdur, które powinnam dokończyć. Tak też zasiadłam przed komputerem, chuj mnie strzelił i nie skończyłam. Nigdy nie kończę, nawet orgazmy mam ubogie. Chyba, że uczynię je sobie sama przy pomocy lateksowego, czarnego przyjaciela. I tak sobie pomyślałam, że nie lubię dziś zdań prostych. Wolę dziś jak coś się dzieje, jakieś słowne szaleństwo. Wolę dziś zdania złożone i przerost formy nad treścią. Odpalę papierosa zatem, wejdę na swój ulubiony blog*, zobaczę czy coś nowego pismak stworzył, jak stworzył to przeczytam, jak nie stworzył to przeczytam o „psychodeli jako narzędziu badań” i w miarę usatysfakcjonowana zacznę martwić się dniem następnym.

*nie wiem czy to wypada, ale nie mogę się wstrzymać, więc oto lynk http://neurogroove.info/blog/21

01:16, grzegorzana
Link Komentarze (2) »
czwartek, 19 sierpnia 2010
Była bym demiurgiem, bym się na kształt papierosa na nowo utworzyła

Palić mi się chce, palić chce palić, palić, palić. Nikotynę palić. Cały czas ją palić. Do wyschnięcia ust, do pierwszego krwiaka. Dotąd, aż się nie stanę żółtopalcą jutrzenką, aż płuc nie wyplwam, tak mi się chce palić. Aż w uszach boleć mnie będzie od tej nikotyny. Złakniona jej jestem straszliwie. Jak alfa omegi, jak jin janga, jak wiewiórka orzeszka. I odpalać papierosa od papierosa, aż na oczy widzieć nie będę, bo mi dym gałki oczne zaćmi. Zagaszać - odpalać. Móc odpalić od zagaszonego. Moc taką mieć. Tak mi się palić chce.

22:20, grzegorzana
Link Komentarze (1) »
niedziela, 15 sierpnia 2010
Oo baby, you're makin' me high, ooh baby, baby, baby

O jakże dziwnie empatyczna się zrobiłam. To już nie romantyzm, to jakieś schorzenie. Hormony jakby przy permanentnej menstruacji. Strasznie mnie to przeraża i przerasta zarazem. W żaden sposób nie umiem tego pokonać. Nawet jak wykonuję przyblokową ekwilibrystykę omijając psie kupy jestem empatyczna. Współczuję tym biednym stworzeniom, zakochanym w swych panach idiotach. Prócz tego, że mam ochotę oglądać komedie romantyczne w ilościach nieograniczonych, układać niemal godzinną playlistę z jednym utworem toni braxton, to siedzę i zachwycam się gwiazdami. Nadaje im słodkie nazwy i układam wydumane historie konstelacjom. I miast jak zwykle chodzić po mieście w takt słów: „nie ma gdzie na dupie usiąść, na stojąco wzdychamy, w imię jakichś wyższych racji, zasypują nas bombami, nie ma nawet dokąd uciec, przed gorącym zniszczeniem, poproś boga – ocalejesz, posól gówno przed jedzeniem (…)”, miast nabuzowywać się nimi, znajduję w głowie słowa takie: "1-Moonlight, with you there beside me, all night, doin' it again and again, you know I want you so bad, baby, baby, baby, 2-Oo, I get so high when I'm around you baby, I can touch the sky, you make my temperature rise, Oo baby, you're makin' me high, ooh baby, baby, baby”.

Apogeum bezsilności i żenady osiągnęłam nazwawszy łyskająca się gwiazdę na cześć piosenki Hanny Banaszak. „Obsesyjna jedna nuta” kurwa. To się dopiero za siebie przed sobą musiałam wstydzić. Znajomy od jakiegoś czasu namawia mnie na seks. Młodszy jest, się nie zgadzam. Silna jestem, mówię sobie skrzywdzę. To lepiej nie. Kolega nie ustaje w ataku na moją piczę. Pewnie miesiąc temu bym się zdegustowała, poirytowała chociaż, ale pyta mnie dziś „czy na pewno nie chcesz? Takiego młodego nie chcesz? Zwinnego? Wymasturbowanego?”. Rozczuliłam się. Pomyślałam sobie, że altruista i polubiłam jeszcze bardziej. Przytuliłabym.

Stoję w kolejce i zastanawiam się, czemu pan przede mną kupuje tyle piwa i wódki. Kiedy patrzę w jego sponiewierane życiem oczy, łza wyssywa mi się bez wymaganego uprzedzenia. Wracam do domu i o nim myślę. Dlaczego te oczy takie smutne były. Jego też bym przytuliła. Sama zakupiła wódkę, napoiła nią, by dodać mu animuszu i rozwiązać język. Tak, żeby mnie już ten jego smutek nie męczył. Przyciągam te zbrukane oczy jak dziwka choroby weneryczne przyciąga. Ba! Nawet dzieci zaczęłam ostatnio zaczepiać, w celach pogaworzenia! Koniec świata. Muszę przeczytać jakąś książkę o seryjnych mordercach, o złu, że jest, że się dzieje, odgrywa. Obawiam się jedynie, że mogę współczuć nie tylko ofierze, ale też oprawcy, bo pewnie wyobrażę sobie historię jego koszmarnego dzieciństwa. Wielce głupia jestem jak jestem wrażliwa. Idę podpalić jakiś śmietnik, bo dłużej tak być nie może..

13:13, grzegorzana
Link Komentarze (4) »
sobota, 24 lipca 2010
Wiem jedno - wino zagryzane truskawkami zmniejsza objawy kaca

Umacnia się mój romantyzm. Przypadłość takową zaobserwowałam spożywając wino marki własnej, czarna porzeczka rocznik 2009. Przesmaczne, acz mózgojebne przyznam. Nie zna człowiek minuty, w której straci pamięć, w której się omami.  I później docieka jedynie jakie miał przygody, i czy je w ogóle miał. Pamiętam jedynie, że był to dość obfity w przebłyski geniuszu wieczór. Być może to wpływ gipsowej Maryjki spoglądającej na mnie z czeluści szafy. Sobie tak stała i spoglądała. Ja również patrzyłam na nią. Mój wzrok ślizgał się po jej bujnych kształtach. Miała nieco zmartwione oblicze ta moja Maryjka. Przy czym przypominało ono nic. Było tak pospolite i bez wyrazu, że przy próbie zapamiętania go (zajęcia tak miałkiego i mętnego), liczenie ziaren piasku na pustyni zdaje się być niezwykle wciągające. W sumie taki typ Maryjki przyjaciółki, kamrata takiego. Przypominam sobie, że coś do mnie mówiła. Raczej nie moralizowała. Rozpościerała ręce. Były tak długie jak całe moje ciało. Poburkiwała. Zaimponowała mi jej wada wymowy.  Słodko posykiwała. Wyrzucała z siebie jakieś wzniosłe słowa. Niestety nie jestem w stanie ich wiarygodnie odtworzyć. Wspominała coś o ogólnoludzkim pojęciu piękna. Jak sięgam pamięcią nieco mnie to zakłopotało. Tu Maryjka do mnie przemawia, o pięknie do mnie mówi, a ja jestem w stanie gloryfikować jedynie plamę na posadzce utworzoną z jakichś dziwnych mazi. Kleistą, przypominającą  befsztyk.  Wybrnęła ta moja Maryjka, kiedy zaczęła prawić o powabie smutku. Byłyśmy absolutnie solidarne. Nawet ją polubiłam. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś mnie nawiedzi. Fajna babeczka.

22:13, grzegorzana
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3